Z okazji 20-rocznicy śmierci księdza kanonika Zdzisława Seremaka, jego wieloletni przyjaciel z Włoch, ksiądz Gianni Calchinovati przysłał nam list ze wspomnieniem ich spotkań i świadectwem o osobie ks. Zdzisława. Mieszka w Brugherio w północnych Włoszech. Znał ks. Zdzisława już od początku lat 70-tych. Jako wysłannik ks. Luigi Giussaniego, ks. Gianni przez wiele lat wizytował rozwijające się w Polsce wspólnoty ruchu Comunione e Liberazione (Komunia i Wyzwolenie). Ten czas spotkań i rozmów jeszcze silniej związał go serdecznymi więzami przyjaźni z ks. Zdzisławem, o czym wspomina w tym rocznicowym liście.
Wspomnienie księdza Zdzisława Seremaka
Pamiętam twarz księdza Zdzisława Seremaka jakby to było dzisiaj. Był październik 1983 roku, koniec dwudniowego spotkania w Olsztynie pod Częstochową, na którym zatwierdzono Ruch Komunia i Wyzwolenie w Polsce. Pamiętam jak wsiadał w nocy do swojego Fiata, aby wrócić do swojej parafii w Lądku Zdroju. Były to dwa intensywne dni z udziałem księdza Giussaniego, księdza Francesco Ricci, Luciano Riboldi, Marii Grazi Borsalino oraz polskiej grupy kapłanów i świeckich, którzy prosili wtedy o pomoc w podjęciu decyzji, czy nadszedł właściwy moment do oficjalnego rozpoczęcia działalności Ruchu w Polsce.
Pamiętam jak ks. Zdzisław w swojej homilii określił tamten dzień fundamentalnym dla życia Kościoła w Polsce, ponieważ w ruchu Komunia i Wyzwolenie widział on możliwość odrodzenia żywej wiary w chrześcijańskim Iudzie. Podczas popołudniowego spotkania żartując powiedział: "To już 15 lat jak flirtuję z Komunią i Wyzwoleniem. Teraz oficjalnie się oświadczam!"
Ksiądz Giussani na koniec tamtego spotkania oznajmił: "Przyznaję, że w Polsce jest i żyje Ruch Komunia i Wyzwolenie", a następnie powierzył tamtej grupce osób na czele z ks. Seremakiem zadanie aby pomagali sobie wzrastać.
Poznałem księdza Seremaka dobrych kilka lat wcześniej przed 1983 rokiem. Dzięki opatrznościowym okolicznościom poznaliśmy się na początku lat siedemdziesiątych w Kotliskach. Narodziła się wtedy piękna przyjaźń, którą ostatecznie potwierdziło przybycie ks. Seremaka do Mediolanu w 1975 roku i poznanie przez niego Ruchu z bliska.
Przyjechał nagle, bez zapowiedzi. Była niedziela po południu, widziałem jak wchodził do kościoła, głosiłem w tamtej chwili homilię podczas Mszy św. Na chwilę, z emocji – zamilkłem! Spędziliśmy wtedy razem 4/5 dni, które były pierwszymi spośród długiej serii dni, spotkań, rozmów, wakacji z Ruchem, a które zostały przerwane w oczekiwaniu na kontynuację już na zawsze w Raju.
Chciałbym tylko krótko zaakcentować dwie rzeczy, które najbardziej mnie poruszyły w osobie ks. Zdzisława. Pierwszą była jego umiejętność wierności w przyjaźni. Nigdy nie były to jakieś zwykłe, powierzchowne, okazjonalne relacje. On był przekonany, że spotkanie z Chrystusem może nastąpić tylko w taki sam sposób, w jaki Chrystus spotyka się z każdym z nas. „Już nie nazywam was niewolnikami ale przyjaciółmi”. Ten, kto spotykał księdza Zdzisława nigdy nie odchodził taki, jaki przyszedł, ale z tym poczuciem odbycia spotkania z Tajemnicą.
Drugą wartą podkreślenia cechą ks. Seremaka była radość. Rzadko widziałem go zamyślonego czy nadąsanego. Może czasem zmartwionego, ale zawsze gotowego do śmiechu, którym zarażał wszystkich dookoła.
Kiedy zadzwoniono do mnie w sprawie tej rocznicy, zdumiałem się na myśl o tym, że minęło już 20 lat od jego śmierci. Dla mnie on nadal żyje.
Ksiądz Gianni Calchinovati
Włochy, 6 maja 2011 r.
Ricordo di Don Zdzislaw Seremak
Mi ricordo, come fosse oggi, il volto radioso di Don Zdzislaw Seremak, nell’ottobre 1983, al termine della due giorni di Nowa Olsztyn, in cui era stata sancita la presenza del Movimento di Comunione e Liberazione in Polonia, mentre riprendeva la sua Cinquecento per scarrozzarsi 500 km di strada per far ritorno, nella notte, alla sua parrocchia di Landek Zdroj. Erano stati due giorni intensi, con la partecipazione di Don Giussani, Don Francesco Ricci, Luciano Riboldi, Maria Grazia Borsalino, oltre a un gruppo di sacerdoti e laici polacchi che avevano chiesto un confronto per verificare se il tempo per iniziare ufficialmente il Movimento in Polonia fosse maturo.
Mi ricordo che Don Zdzislaw, nella omelia della Messa, aveva definito quel giorno “fondamentale” per la vita della Chiesa in Polonia, perché vedeva nel Movimento di Comunione e Liberazione la possibilità di far risorgere una fede viva nel popolo cristiano. Nell’assemblea del pomeriggio, un po’ scherzosamente, ma non troppo, aveva detto: “Sono quindici anni che flirto con C.L. Ora chiedo ufficialmente la mano!”
Don Giussani, al termine della stessa assemblea, ha affermato: “Riconosco che in Polonia esiste e vive il Movimento di Comunione e Liberazione”. Poi ha affidato a un gruppetto, guidato da Don Seremak, il compito di aiutarne la crescita.
Avevo conosciuto don Seremak un bel po’ di anni prima del 1983. Per coincidenze provvidenziali avevo incontrato Don Zdzislaw nei primi anni settanta, a Kotlyska. Era nata un bella amicizia che si è cementata in modo definivo nel 1975 quando ha accettato di venire a Milano a conoscere da vicino il Movimento.
E’ arrivato all’improvviso, senza preavviso. L’ho visto entrare in Chiesa una domenica pomeriggio, mentre tenevo l’omelia della Messa. Sono rimasto per un minuto in silenzio per l’emozione! Abbiamo passato insieme 4/5 giorni, che sono stati i primi di una lunga serie di giorni, di incontri, di confronti, di vacanze con il Movimento, che si sono interrotti in attesa di continuarli per sempre in Paradiso.
Voglio solo accennare brevemente a due tratti che mi hanno colpito di Don Zdzislaw. Il primo è la sua capacità di fedeltà all’amicizia. Non erano mai rapporti superficiali, occasionali, scontati. Era convinto che l’incontro con Cristo avviene solo con lo stesso metodo con cui Cristo si è fatto incontro a ciascuno di noi. “Non vi chiamo più servi, vi chiamo amici!” Chi ha incontrato don Zdzislaw non se ne è mai andato via come era arrivato, ma andava via portando con sé la percezione di avere fatto un incontro con il Mistero.
Il secondo tratto era la letizia. Raramente l’ho visto pensieroso o imbronciato. Preoccupato, a volte, sì, ma subito pronto alla sua risata che era contagiosa.
Quando mi hanno telefonato di questo anniversario, sono rimasto di gesso, al. pensiero che fossero già trascorsi 20 anni dalla sua morte. Per me è ancora vivo.
Don Gianni Calchinovati
Italia, 6 maggio 2011

